Polecam. Tuli tuli.

“Tuli tuli Mama! Tuli tuli Tata! Tuli tli! Tuli tuli! “

Tuli mama. Tuli tata. Cieplutko milutko fajniutko!  Uwielbiamy się tulić! Lilka ma teraz etap bardzo tuli tuli. Słowa te czasami słyszymy cześciej niż cokolwiek innego. Nie tylko tuli tuli jej się podoba ale same słowa również chyba:-p

Tulimy się od zawsze. Tulenie jest dla nas jak oddychanie. Potrzebujemy go każdego dnia. I nie chodzi tylko o przytulanie Lili “bo to dziecko i ma prawo”. Ale i o nasze przytulanie. Od zawsze najbezpieczniej czuje się “pod paszką” Maćka. To taka przystań w której choćby nie wiem co zawsze jest schronienie. Lilka uwielbia zasypiać wtulona w nas. Uwielbia siedzieć nam na kolanach czy po prostu blisko przy nas. Nawet teraz jak piszę do Was te słowa leży koło mnie i smacznie chrapie. I tu znów wraca argument wspólnego spania ;-D  Ona wie że jestem przy niej. Czuje się bezpieczna. A ja mam chwilkę, żeby coś naskrobać tutaj. W sumie to patent, który śmiało można dopisać do listy pt. Jak nie zwariować.

Wspomnień czar…

Tulenie ratowało nas od pierwszych chwil. Jak ktoś się zapyta o okres niemowlęcy Lilianny odpowiemy zgodnie: chusta i Sade. Chusta i noszenie Lilki uratowały nam wtedy …pupy. Czasem i teraz by się przydała… Tylko te kilogramy…

Amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir uważała,
że „by przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie. 
By zachować zdrowie, trzeba ośmiu. 
By się rozwijać – dwunastu."

To w sumie my powinniśmy być zdrowi jak ryby ;-p

Nie ale całkiem serio. Z takiego naukowego wręcz spojrzenia coś w tym jest. Przytulanie to dotyk. A dotyk to  nasze pierwsze narzędzie kontaktu ze światem.  Już około ósmego tygodnia życia płodowego wykształca się nam ten zmysł. Dotyk  jest  kluczowy dla niemowlaka kiedy poznaje świat.  Dziecko głaskane i przytulane uspokaja się, a mając poczucie bezpieczeństwa, otwiera się na świat.

Badacze przeprowadzając eksperymenty nad dotykiem oddzielali młode szczury od matek. A one zaczynały wydzielać mniej hormonu wzrostu. Stan ten wracał do normy, gdy uczeni głaskali szczurki wilgotnym pędzelkiem.  Z  badań przeprowadzanych na małpach wiemy, że im szło znacznie gorzej. Pozbawione dotyku w dzieciństwie nie potrafiły później odnaleźć się w stadzie. Były „głuche na emocje”.

Jeszcze do lat 50 XX wieku przecież powszechnie uważano, że ssakom naczelnym wystarczy zapewnić pożywienie aby się rozwijały. Na szczęście w toku badań naukowych wielokrotnie tę tezę udało się obalić. Choć znam niestety ludzi, którzy nadal tak uważają. 🙁

Tyle szczęścia

Dotyk jest niezbędny nie tylko do rozwoju, ale w ogóle do życia.

Jako pierwszy zaobserwował to zjawisko węgierski psychiatra Rene Spitz. To on porównywał rozwój dzieci w żłobkach więziennym  i z ochronki prowadzonej przez siostry zakonne.  W tym pierwszym miejscu dzieci miały kontakt ze swoimi matkami, w tym drugim siostry ograniczały się tylko do podstawowych czynności pielęgnacyjnych jak karmienie czy mycie, ale w ogóle ich nie przytulały. Śmiertelność w tym ostatnim zakładzie była druzgocąca: umierało co trzecie dziecko, podczas gdy w więziennym żłobku ani jedno. Jedyną zmienną był dotyk. Prowadzone przez kolejne dziesięciolecia badania pokazały, że nietulone dzieci gorzej przybierają na wadze i są zdecydowanie mniej odporne niż ich tuleni rówieśnicy.

Tak w sumie zastanawiam się czy w trakcie studiów uczono i zwracano nam na to uwagę. Na dotyk. Zwłaszcza, że zawód pielęgniarki to dużo dotyku. Nie zawsze miłego. Cóż nie specjalnie pamiętam spojrzenia z tej strony która opisuje ale może byłam wtedy chora? ;-p A może nie było.

Szpitalne tulasy

Jedno jest pewne, kiedy Lilka leżała na intensywnej terapii tam zachęcano nas do bliskiego kontaktu. I choć lęk i strach, który nas przygniatał utrudniał to były to chwile na które bardzo czekaliśmy. Trzymanie Lilki za rękę.  Codzienna toaleta wykonywana przez rodziców. A potem kiedy było lepiej pierwsze przytulasy na kolankach. Do dziś pamiętam uczucia jakie temu towarzyszyły. Do dziś pamiętam jak było mi trudno po tych ledwie paru minutach odłożyć ją do łóżka.  Więc, jeżeli ja przespałam te zajęcia to mam nadzieję, że te kolejne pokolenia już uczą się jak to ważne. Jeżeli nie to mam nadzieję, że bedą miały tyle szczęścia, że nauczą się tego w pracy po prostu. Bo nie na każdym oddziale ma się tyle szczęścia!

A jak to możliwe, że dotyk czyni takie cuda?

To oksytocyna, tzw. hormon miłości. Oksytocyna sprawia, że czujemy się szczęśliwi i bezpieczni.  Bardzo oględnie mówiąc oksytocyna daje ukojenie. Bez tego mechanizmu nasze ciało byłoby w ciągłym stresie, który może prowadzić do śmierci. Oksytocyna  obniża poziom kortyzolu czy ciśnienia krwi., działa też rozluźniająco i przeciwbólowo. Dotykanie czy masaż jest metodą terapii stosowaną w wielu schorzeniach.

I myślę o czymś jeszcze. O naszym świecie. Tu teraz. O rozwoju techniki. O ciągłym wyścigu szczurów. O pogoni za pieniądzem, sukcesem i nie wiadomo czym jeszcze. Myślę o tych dzieciach, których rodzice nie mają czasu a czasem zwyczajnie sił aby usiąść i przytulić albo sami nie chcą się przytulać bo nikt ich specjalnie dużo nie przytulał. I myślę tu o  autystach, którzy nie tolerują dotyku. I o tych wszystkich dzieciach w domach dziecka, których nikt nie ma czasu albo i chęci przytulać. I myślę wtedy też o Tuli Luli Fundacji Gajusz.  I myślę o tym co dziś rano napisała mi pewna mama na instagramie. I myślę i myślę… i chyba już nie mogę. Boję się, że wybuchnę.

Idę się poprzytulać.

A Wy znajdźcie dziś trochę czasu i poprzytulajcie się!

Polecam!!

I jeszcze parę naszych tulaśnych wspomnieniowych fotek wam zostawię co bym gołosłowna nie była. Aktualnych najwięcej na insta i FB. Zapraszamy!

 

Polecam. Zimna Kawa.

Siedzimy dziś cały dzień “w łóżku”. Kolejny dzień.   I nie nie zupełnie nie dlatego, że nam się nie chce. Że nie mamy nic ciekawego do roboty. Taki Slow Life.

My po prostu uczymy się cierpliwości oplatanej miłością. Od lat tak samo.

Z tyłu głowy kłębią się myśli, że tyle do zrobienia. Tyle rzeczy czeka, tyle nieodebranych telefonów, nienapisanych maili, nieumytych garów :-p

Muszą poczekać. Ba poczekają. I świat się nie zawali.

Zbieramy wspomnienia.

Są takie dni, że pod “tym naszym kamieniem” wszystko inne się nie liczy. Liczą się tylko przytulańce, całuski i wspólne chwile.

Słuchamy piosenek z kucyków przeplatając je serduszkiem pukającym w rytmie czcza. Czytamy bajeczki. Marzymy o przyszłości. Opowiadamy głupotki.  Wygłupiamy się.

A że jest to przeplatane przez ryk ssaka czy szum tlenu no cóż taki lajf czy tam klimat.

Te chwile uczą nas cierpliwości, dają do myślenia, każą zwolnić. Przypominają, że rzeczy doczesne nie zając nie uciekną.  Teraz my jesteśmy sobie potrzebni. I nawet zimna kawa jest wtedy fajna.

 

Fajnie się tak zatrzymać.

A jeszcze fajniej jak nic z zewnątrz tego nie wymusza.

Polecamy na weekend. Spróbujecie??

Na koniec troszkę fotek. Więcej na bieżąco na Lilkowym instastory. 

 

Walentynki. A mąż zostawił.

 

 

Dziś nie będzie jak co roku bywało o św. Walentym patronie chorych na epilepsje. Dziś nie będzie o imieninach Liliany ( nie nie Lilka jest przez 2 N i ma imieniny we wrześniu). Dziś będzie o miłości. Bo takie to święto.  Święto zakochanych. Święto miłości.

W internecie w tej chwili roi się od różnych grup wsparcia dla rodziców. Dla rodziców dzieci niepełnosprawnych również. Niedawno na takiej właśnie grupie przeczytałam wręcz błagalny apel o pomoc jednej z mam. Mama chciała oddać swoje dziecko do domu opieki bo już nie daje rady. Jest schorowana. Dziecko coraz starsze. Jest sama. Mąż ją zostawił. Z obowiązkami i chorym dzieckiem. Przerosło i ją to.  Może miała gorszy dzień.  Może wymagała profesjonalnej pomocy. A może po prostu pisze prace doktorską z socjologii i to była podpucha. Może. Jeden pies.

Wywiązała się bardzo zażarta dyskusja. Także dlatego, że nie wyglądała w mediach społecznościowych ( wiadomo szpiedzy są wsród nas i nic się nie ukryje) na taką co sobie nie radzi. A mamy, której jej udzielały rad chyba zapomniały jak to bywa. Albo one same nadal wierzą, że jak masz chore dziecko to już nic od życia ci nie należy. Nawet uśmiechnięta buzia czy chwila wytchnienia.

Iwona Chmielewska. Dwoje Ludzi. Wydawnictwo Media Rodzina

 

I tak sobie myślę. Jakie to ważne w tym wszystkim. W sumie w życiu. Bo nie tylko w życiu takim jak nasze. Ale tak po prostu, w życiu każdego, mieć kogoś. Kogoś na czyim ramieniu możesz się wypłakać. Kogoś z kim ten Twój bagaż łatwiej pchać. Kogoś kto jest dla ciebie żaglem. Kogoś bez kogo traci się sens.  Kogoś z kim jest łatwiej, bo jest się razem. Kogoś z kim bywa trudniej, bo jest się razem.

 

Tak wiem nic odkrywczego. Ale może zwłaszcza teraz warto sobie o tym przypomnieć? Zwłaszcza w związkach z długim stażem. Takich w których może już ten ogień przygasł. A motylki zapadły w długi zimowy sen. A życie nie pieści.

Bo miłość to nie tylko kwiaty na walentynki. Czekoladki i słodkie słówka od święta.

Miłość to spokojny sen w nocy bo wiesz, że ta druga osoba czuwa. To niedzielna popołudniowa drzemka by odespać cały tydzień.  To czas na swoje hobby. To wspólne milczenie gdy wali się świat. To spakowanie walizek i zaciśnięcie pasa by przyszłość mogła być piękna. To trwanie razem pomimo przeciwności. To znoszenie chrapania przez pół filmu, który jest wyjątkowo interesujący. To mądre motywowanie do rozwoju. To miliony planów i wspólnych marzeń. To wspólne sprzątanie przez całą noc. To wspólne czuwanie przy chorym dziecku. To przerzucone 15 ton ziemi. To wojna z lekarzem o twój komfort kiedy ty zwijasz się z bólu. To dach ściągany z drugiego końca kraju. To śniadania i ciepła kawa. To pachnący dom. To codzienne życie.

Pamiętajcie o tym.

I zdradzę Wam na koniec, że te piękne teksty na zdjęciach są  z cudnej książki. Książki, którą warto mieć na półce i do niej wracać. Książki, która mnie już jakiś czas temu urzekła bardzo. Książki, która może być pięknym prezentem na walentynki.

Polecam bardzo.

Iwona Chmielewska. Dwoje Ludzi. Wydawnictwo Media Rodzina

 

 

Jak nie zwariować. Prolog.

Pamiętam jak wróciliśmy ze szpitala z pierwszą diagnozą.

Pamietam, że był to piątek. Że Lilka spała. A my z Maciejem siedzieliśmy  i milczeliśmy. Między nami stał  stół. Na stole pierwszy lek przeciwpadaczkowy. Dla nas skończył się wtedy świat. Chyba nawet się popłakałam.

A tak naprawdę tamta diagnoza to był pikuś. To było tak dawno temu. Tyle w między czasie się wydarzyło.

I czasami serio zastanawiam się jak to zrobiliśmy, że nie zwariowaliśmy?

Fakt do końca nie wiem czy nie zwariowaliśmy ale jak co ponosimy tego wariactwa konsekwencje świadomie 🙂

Bywało lepiej bywało gorzej. Jak w życiu. Bywało, że nie wychodziłam tygodniami z domu. Siedziałam z Lilką czasami całymi dniami w domu bo nie było takiej możliwości. Jakby pierwsze miesiące macierzyństwa wróciły. Tylko niemowlak trochę się zrobił cięższy a ja słabsza. I nie było możliwości wyjścia z domu  bo 3 piętro prawie jak 30. I na dodatek bez windy.  Mąż w pracy a ty cały dzień w piżamie.

Bywało, że nie miałam ochoty otwierać oczu, wstawać. Włosy, żyły własnym życiem ( wszędzie) a kilogramy nie pytały czy dam im schronienie. Nie było ważne jak wyglądam, co jem. Byle tylko Lilce było dobrze.

Szukanie specjalistów, metod, badań, rehabilitacji, kasy. Kupowanie sprzętów, jeżdżenie  po lekarzach, terapeutach. Każdy obiecywał cuda. Próbował. Chciał. Szukał. Zarabiał.

Apele, procenty, prośby, dobre rady, wyrazy współczucia, faktury, zbiórki, wyrazy wdzięczności.

Rehabilitacja, logopeda, integracja sensoryczna, akupunktura, dieta, farmakoterapia, huśtawki, pionizatory, turnusy, aminokwasy,  terapia tak sraka owaka.

Z każdej strony tylko słyszeliśmy : “róbcie to”, “róbcie tamto”, “to na pewno jej pomoże” ” a czemu jeszcze tego nie zrobilliście” „ale wam nie wypada” i “współczujemy”, “tak mi przykro”, “jakie to straszne”.

Jak tak ciągle to słyszysz to wierzysz we wszystko. W to że święcona woda z kibla z Hing hang hung pomoże, że tradycyjny mech z wierzchołka góry zrywany tylko o świcie ją wyleczy i że to takie straszne.

I żeby nie było… nadal słyszymy to wszytko…nadal wierzymy w różne rzeczy… nadal szukamy…. ale już używamy mózgów i robimy to trochę rozsądniej.  Nie za wszelką cenę. Bo łatwo stracić z oczu to co najważniejsze.

Znamy już trochę swoje dziecko ( choć potrafi nas każdego dnia zaskoczyć). Oswoiliśmy jej choroby i przypadłości. Wiemy, że jak w powietrzu zaczyna unosić się aromat starych mokrych petów to zapowiadają się problemy. Wiemy, że mamy prawo decydować o tym co najlepsze dla naszego dziecka. Wiemy, że mamy prawo nie zgadzać się z wszystkimi. Wiemy, że warto rozmawiać. Wiemy, że mamy prawo być nie tylko rodzicami Lilki.

Wiemy co robić żeby nie zwariować.

Chcecie poznać nasze patenty?

 

Polecam. Poranki tylko dla Ciebie.

 

 

 

W nocy znów spadł śnieg.

W sumie wciąż pada. Ruchem jednostajnie przyspieszonym małe puchate płatki lecą z nieba.

Siedzę tuz obok. Tuż obok wszystkiego. Poranki takie jak ten, są właśnie po to aby być obok. Obok tego wszystkiego.

Być tyko dla siebie.

Wyłączyć się.

Usiąść i przełączyć się na zupełnie inną częstotliwość.

Podziwiać piękno. Piękno życia. Natury.

Być.

Naładować się.

By mieć siłę by dalej walczyć.

Polecam

Mama