Lepiej…

Kiedy myśleliśmy, że jest dobrze. 
Że wychodzimy na prostą. 
Że teraz to juz tylko z górki będzie.
Że tak naprawdę to wszytko to był zły sen i będzie juz tylko zawsze dobrze!
Kiedy nieśmiało zaczęliśmy snuć plany.
Kiedy myśleliśmy, że zaczniemy małymi krokami realizować nasze marzenia.
Tak nieśmiało. 
Tylko pomyśleliśmy, że może niedługo…

Niedługo to się w łóżku miejsce skończy :-p 
I wróciliśmy do początku.
Zerwaliśmy ze snem.
Zaczynamy wiele spraw od nowa.
Lilka zaczyna.
Wracamy do podstaw.
Boimy się zasypiać i otwierać rano oczy.
Zamiast robić nocne podchody, szykować święta…
No ale nic nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Mamy juz doświadczenie.
Wiemy jakich błędów nie popełniać.
I idzie nam to juz lepiej, inaczej.
Oby nas jak najmniej zaskakiwało.
Mamy sprzęty.
Mamy WAS!!!
I jesteśmy!
A to najważniejsze!

Lepiej… kiedyś będzie.
Następny Wpis będzie bardziej optymistyczny. Obiecuję 🙂 
Trzymajcie się ciepło w ten jesienny czas!

Jesienne zabawy

Lilka bardzo lubi (zresztą nic dziwnego skoro ja też) różne prace ręczne.
Roboczo mówimy na to plastyka.
Zastanawiając się jak ugryźć tą cała naszą edukację poszłam tropem pór roku.
Wszak nasze życie, zwłaszcza teraz na wsi, jest im podporządkowane.

Zanim ustalimy co i jak bywa i tak ;-p

Na lodówce mamy kalendarz, który codziennie wyznacza nam nowy dzień, który uczy Lili właśnie pór roku i pogody. Codziennie zmieniamy datę, dzień tygodnia, sprawdzamy czy nadal mamy jesień i jaką pogodę za oknem. Bardzo polecamy. Fajna sprawa. Kupiliśmy jakiś czas temu a teraz wykorzystujemy na maksa. Sprawdźcie co jeszcze oferuje Pomysłowa Mama bo trochę tych pomysłów ma.  A my chętkę na inne jej pomysły. No ale powoli.

No ale nie o kalendarzu miało być a o jesiennych zabawach.
Lilka z jednej strony lubi różnorodność. Ale z 2 strony lubi przewidywalne rzeczy. Nie łatwą sprawą planować dla niej zabawy. I jeszcze próbując w te zabawy wpleść jakieś edukacyjne aspekty. Choć w sumie jestem zdania, że sama zabawa w sobie jest tak naprawdę ważna. Taka spontaniczna nienakierowana. Ogromnie doceniam te chwile kiedy Lili przejmuje inicjatywę.  Może dla Was to oczywiste. Dla mnie to coś ważnego. Coś co jest u nas od niedawna. A samodzielna chęć odkrywania, kombinowania przez Lilkę wprawia nas wręcz w ekstazę. Ale wspólna zabawa też jest fajna i ważna. A że mamy jesień to proszę trochę jesiennych inspiracji.

Ostatnio nasza super ciocia Ewelina, która często nam podsyła rożne super pomysły  ( każdy chciałby mieć taką ciocię przedszkolankę wierzcie mi 🙂 ) wyszperała i podsunęła nam pomysł z rosnącymi farbami (za Moje Dzieci Kreatywnie). Lilka była zachwycona. I nawet chwilę udało się jej popracować. Pogadałyśmy przy okazji o kolorach, policzyłyśmy do 3.
Zresztą sami popatrzcie:

Mąka prawie jak śnieg. Miękka. Biała.

 

Mąka była najfajniejsza. Sucha. Nie brudziła tak mocno rąk.

 

Po dodaniu wody już tak do końca fajnie nie było. Lili i brudne ręce? Nieeee…

 

Wiadomo różowy musi być.

 

Jesień to dynia. Dynia jest pomarańczowa.

 

Wszędzie dynie mają buzie. To i Lili chciała buzie.

A potem z dyni, którą przyniosła babcia zrobiliśmy zupę. Jakoś nie chciała się zamienić w karocę dla kopciuszka. Tak to chyba tylko w bajkach. Ale Kopciuszek w związku z tym zaliczony. Choć mało jesienny ;-p

To tak sobie malowałyśmy. Ale najfajniejszą jesienna zabawą tak naprawdę są spacery. Spacery do lasu, nad jezioro.

W lesie najfajniej się chodzi na barana.

 

I o chmurach można poopowiadać.

 

I o łabędziach. I ich zwyczajach.

 

I przynieść do domu dary lasu i …kamienie ( zależy co kto lubi ;-p)

I przygotować można zapasy do następnych zabaw. Zgadnijcie w jakim lesie byliśmy?? I co będziemy robić??

Dary lasu

 

I ku mojej i waszej pamięci parę inspiracji na kolejne jesienne dni:

 

źródło

 

 
źródło

 

Bawcie się świetnie!

Mama Aga

 

Deszcz

Hejka, 
A wcześnie rano bawiłam się tak.
jutro piątek i w sumie mama powinna coś na skrobać skoro sobie te piątki tak wymyśliła ale dziś jej daruje. Siedzi w tych kartonach, worach i próbuje nam życie umeblować jak najszybciej. Najpierw pakowała a teraz w drugą stronę. 
Mi czasem trochę się nudzi bo trochę mniej czasu mają dla mnie. Tak wiem chwilowo. Muszą poukładać żebym miała gdzie się bawić. W sumie mój pokój już prawie ogarnięty. I dobrze bo pogoda tak się popsuła, że masakra. Dziś leje i leje a wczoraj wiało, że głowę urywało. Ale i tak na chwilę udało się wyjść na spacerek. A dziś nie ma co trzeba będzie wypróbować kaloszki. A teraz muszę mamę pomęczyć o rosnące farbki. Obiecała że rano pomalujemy takim cudami. 
To nara.
Lilijka
A takie piękne mam widoki z mojego okna, choć pada to jest pięknie.
P.S. Poproszę mamę, żeby wrzuciła na Insta farbkowe sprawozdanie.

Lagom

Dziś będzie do znudzenia o tym samym.
O złotym środku.
O cieszeniu się chwilą.
O celebrowaniu tu i teraz.
Tak wiem tak do znudzenia o tym tu piszemy.
Ale co jakiś czas tak mocno mocno życie o tym nam przypomina.
W tym tygodniu przypomniało parokrotnie. Nam i naszym znajomym.

Bo kiedy w piękny jesienny słoneczny dzień poszliśmy z Lilką  szukać kasztanów do parku a skończyliśmy na placu zabaw. Bo nawet wtedy kiedy jakaś mama ostentacyjnie zabrała swoje dziecko z tego samego placu zabaw bo bała się o swoje maleństwo. No wiadomo Lilka zaraża niepełnosprawnością, robi krzywdę albo nie wiem co jeszcze. No ale mniejsza z tym. To nie o tym miało być.  I kiedy Lilka całą sobą cieszyła się tą zabawą. Kiedy próbowała tymi nogami machać, żeby się bujać. I wtedy kiedy kopała koparą wielką dziurę. Tak po prostu jak inne dzieci. To to było szczęściem. Wtedy kiedy obudziliśmy się następnego dnia i uświadomiliśmy sobie, że to już osiem lat Lilka jest z nami. To to jest szczęście. Bo to cudne osiem lat. Choć trudne. I pomimo, że dzień wcześniej, po tym cudnym poranku na placu zabaw, walczyliśmy z napadami, wymiotami i złym stanem naszej księżniczki,  to to że możemy być tu i teraz wszyscy razem było najważniejsze. Jest najważniejsze.

Tak naprawdę nie wiesz co gdzie i kiedy. I czy na prawdę warto pędzić nie wiadomo dokąd i nie wiadomo za czym choć ma to swoje nazwy i każdy z nas wie, że tak naprawdę to szczęścia nie przynosi?  I tak wiem, że pieniądze szczęścia nie dają ale bez nich żyć trudno. Wiem o tym doskonale. Co roku proszę Was o 1% dla mojej córki, cały czas o tym myślę jak zorganizować i zapewnić jej wszytko, żeby miała to czego potrzebuje żeby wręcz powiem żyć. I choć zabiera mi to sen z powiek to chcę aby te wszystkie chwile były najważniejsze. Żeby Lili była zwyczajnie szczęśliwa. I choć to trudne, próbuje patrzeć oczami Lilki na to wszytko. A dla niej najważniejsze to teraz teatr świeżaków, który zrobiłyśmy z kartonu po odżywce z żywieniówki, farb i papieru kolorowego. Że dla niej to codziennie te same rytuały przy zasypianiu i do znudzenia te same Kołysanki – Utulanki. I brak naszego pośpiechu i czas który spędza z nami. Bo dla niej inne rzeczy są teraz nie istotne. A znów dla nas to szczęście, że ona jest.

I wczoraj kiedy nie miałyśmy łatwego dnia obie. I kiedy już po południu najzwyczajniej obie się poryczałyśmy z bezsilności. To to też było szczęście. Bo mogłyśmy… Bo jesteśmy… Bo żyjemy…

źródło: www.utilitydesign.co.uk

I chyba o to wszytko się rozchodzi w życiu… o życie i znalezienie swojego szczęścia.  Swojego szczęścia. Ja kocham być mamą i “kurą domową”. A może  dla kogoś to pieniądze, gonitwa i wyścig szczurów. Znalezienie tego złotego środka to szczęście.

I tego Wam życzę.
Jak to teraz modnie po skandynawsku a w sumie szwedzku: lagom. Coś w tym jest.

Mama

Odporność

Lilka to centrum naszego Wszechświata nie da się ukryć.
Jej zdrowie i forma to nasze zdrowie i forma.
A że o jej zdrowie musimy dbać wyjątkowo to i duże wyzwanie przed nami.

Odporność to jeden z tematów, który nam spędza sen z powiek od lat.
Lilkowe choroby sprawiają, że wcale nie łatwo o wysoki poziom tej odporności walczyć.
Przez lata szukamy złotego środka.
Wyniszczenie organizmu chorobą, pobytami w szpitalach, na przychodnianych korytarzach, problemy z odżywianiem, “zamknięcie w domu”, ogromny stres dla organizmu… to tylko część podstawowych spraw z którymi walczymy na co dzień.

Przez lata, z różnym skutkiem, udawało się nam to raz lepiej raz gorzej. Niektóre sprawy były nie do przeskoczenia. Ale powoli małymi krokami idzie ku lepszemu. Kiedyś nie było szansy, żeby wracając z przychodni nie złapać czegoś. Czy przebywając w jednym pomieszczeniu z osobą, która czasem nawet nie wiedziała, że dnia następnego będzie chora, nie złapać czegoś. Był czas, że żyliśmy pod kloszem. Zwłaszcza kiedy szpik Lilianny odmówił pracy. Dlatego jak możemy unikamy szpitali ( tam wszak najwięcej bakcyli i na dodatek często lekoopornych), lekarzy, chorych osób, wielkich skupisk ludzkich (zwłaszcza w sezonie grypowo- infekcyjnym) itp. itd.

W końcu, po długim czasie, coraz częściej mamy możliwość dbać o to co Lilka je.
Przez długi czas nasza księżniczka była tylko i wyłącznie na tzw. żywieniu przemysłowym. Czyli te “mleka” które dostaje do brzucha. Nadal są one podstawą jej diety niestety ale coraz częściej wprowadzamy jej “normalne” produkty spożywcze. Na dodatek coraz częściej i więcej drogą doustną. Tą naturalną. Tą dzięki której również zwiększamy jej odporność. Jedzenie jest w sumie najważniejszym ogniwem dbania o nasze zdrowie. Przynajmniej dla nas. Choć jakimiś mega terrorystami żywieniowym nie jesteśmy. Złoty środek. Wszytko jest dla ludzi itd. A chcemy też Lilce pokazać świat z każdej strony. Więc i w “restauracji” pod złotym łukami była.

Domowe. Ciepłe. Naturalne.
Ale do rzeczy. Odżywianie.
Domowe. Ciepłe. Naturalne.
Probiotyczne ( wszelkie nasze cudowne ogóry kiszone, kapucha, buraki, woda z ich kiszenia).
Warzywa. Owoce. Przede wszystkim krajowe. Sezonowe.
Dobrej jakości mięso.
Dobre tłuszcze. I to nie koniecznie tylko roślinne.
Miód.
Zioła i przyprawy.

W tym by można zamknąć to wszytko co przemycamy do jadłospisu Lili.

Nocna woda z miodem. Prawdziwym miodem.

Oczywiście bacznie obserwujemy reakcje jej organizmu, konsultujemy z naszym lekarzem ds. żywienia. I próbujemy.
I wcale nie jesteśmy wyznawcami jałowych rosołków czy ryżu bez smaku albo zupek dla niemowlaków.
Choć tak na początku te zupki takie były. Jednoskładnikowe. Jałowe. Rozszerzanie diety nie zawsze jest łatwe to fakt.
Ale porządny rosół zwany zupą mocy z masą przypraw i ziół rozgrzeje i naprawi co się da w bardzo przyjemny sposób.
Nocna woda z miodem ( zostawiamy miód na noc w wodzie) rewelacyjnie obudzi o poranku.
A pyzy z długo duszonym mięsnym sosem potrafią sprawić, że obiadowa porcja sztucznego mleka jest zupełnie nie potrzebna.

Jedzenie to chyba najłatwiejszy tak naprawdę aspekt dbania o jej odporność.

Bo stresu do końca nie jesteśmy w stanie z jej i naszego życia wyrzucić. A jak wiadomo stres niestety jest jednym z najbardziej niszczących czynników w naszym życiu. A już sama choroba jest dla organizmu Lilianny ogromnym stresem.

To czego najbardziej brakuje nam wszystkim. Słońce. Natura. Spokój.

I słońce. Przez wiele lat również nie byliśmy w stanie zadbać do końca o odpowiednią ilość słońca w naszym życiu. W te wakacje pobiliśmy myślę rekord. I mam nadzieję, że będzie to tendencja rosnąca. Świeże powietrze, wolność, możliwość swobodnego wyjścia z domu to coś czego bardzo nam brakuje. Ale walczymy i o to. Jesteśmy na dobrej drodze. Choć ona trudna i wyboista.
Trzymajcie kciuki.
Będziemy starać dzielić się z Wami tą naszą drogą.
Wszak duży i Wasz w tym udział. Wielkie dzięki za to, że z nami przez te wszystkie lata jesteście. Oby tak dalej ? Bo teraz dopiero walka przed nami. Przed Lili. O to lepsze jutro.

A tym czasem zostawiam was z nieśmiertelnym przepisem hitem jesienno zimowych dni.
Zupą mocy, wg 5 przemian.
Lub po prostu super dobrym długo gotowanym domowym rosołkiem.
U nas inaczej już się nie gotuje rosołu.
Na zdrowie!!

Zupa mocy


Zupę gotujemy na domowym, dobrym kurczaku. Można ją również ugotować na mięsie wołowym lub cielęcym. Dla osób z tzw. dużym gorącem ( takim którym ostre przyprawy nie będą służyć) dodajemy mniej tych przypraw.

1. Gotujemy ok 5-6 l wody, doprowadzamy do wrzenia
2. dodajemy ok. 1/2 łyżeczki tymianku, szczyptę kurkumy, 1/2 łyżeczki rozmarynu
3. dodajemy 1 łyżeczkę kminku w całości
4. kilka ziaren pieprzu ( ok 10), plasterek imbiru świeżego ( lub ok. 1/2 łyżeczki suszonego)
5 . dodajemy 2 łyżki soli
6. wrzucamy kurczaka
całość gotujemy na bardzo małym ogniu około 3 godzin. Najlepszą metodą jest gotowanie na żywym ogniu jednak dla zabieganych, z masą obowiązków na głowie doskonale sprawdzi się na przykład wolnowar. 
Po tym czasie dodajemy:
7.  bazylię, pęczek zielonej pietruszki, liście selera 
8. dolewamy wrzątku jeżeli jest taka potrzeba
9. 4-5 marchewek przekrojonych wzdłuż,
10. 2-3 korzenie pietruszki
11. 2 duże cebule lub por i kawałek selera 
12. szczypta majeranku
13. szczypta kminku
14.  doprawić do smaku pieprzem i ewentualnie dosolić
Gotować do miękkości warzyw.



My jemy z kukurydzianymi lanymi kluseczkami. Liliannie mocno blenduje i podaje również do PEGa. Uwaga na osad z tłuszczu. Trzeba pamiętać żeby dobrze przepłukać ciepłą wodą rurkę. A co za tym idzie przewidzieć całkowitą objętość posiłku, żeby nie było niespodzianek.
Rodzicom szczególnie polecamy w okresie dużego przemęczenia i stresu.


Smacznego
Mama