Wypalenie

Listopad to taki trudny miesiąc. Ciemny, smutny i ponury. Każdy ratuje się jak może. Po internecie, krążą dziesiątki sposobów jak przetrwać listopad. Jesień.
Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z koleżanką o naszym życiu. O życiu rodziców dzieci ze specjalnymi potrzebami. O tych wszystkich bliskich nam rodzinach z gwiazdką. O tym skąd biorą siły. O wyczerpaniu rodzica takiego dziecka.


Myślę, że większość rodziców pewnie czuje się kiedyś wypalona, ​​żonglując wszystkimi obowiązkami rodzicielskimi. Bo przecież zawsze jest niekończąca się lista rzeczy do zrobienia, ale nigdy nie ma dość czasu, aby to wszystko zrobić. Rodzice dzieci o specjalnych potrzebach mają nieco dłuższe listy, ale wciąż mają tylko 24 godziny na dobę.


Nasze listy obejmują codzienne, wielokrotne podawanie leków, regularne wizyty u specjalistów, wiele form terapii, formalności, niekończące się rozmowy telefoniczne, wyciąganie z gardła rzeczy podstawowych a czasem zupełnie nieosiągalnych “bo tak”, naukę obsługi, a następnie korzystanie ze sprzętu medycznego i tak dalej. Często musimy karmić, zmieniać lub kąpać nasze dzieci, które znacznie przekraczają wiek niemowlęcy czy przedszkolny. Musimy upewnić się, że nie zabraknie nam leków, od których zależy życie naszego dziecka, lub pieluch w rozmiarze, których nie można kupić w sklepie i należy je kupić w aptece czy sklepie medycznym. Planując wycieczki, musimy upewnić się, że nasze miejsce docelowe będzie dostępne dla naszego dziecka. O wielu innych rzeczach już nawet nie wspominając.


Zanim ktokolwiek wpadnie na pomysł, że narzekam (daleko mi od tego), chcę zapewnić, że nie o to chodzi. Po prostu dzielę się doświadczeniami. Rozumiem, że osobom, które nie żyły tym życiem, może być trudno zrozumieć, z czego składa się nasza codzienna rutyna (bo przecież siedzimy w domu i pachniemy). Jest to coś, czego osobiście doświadczam, i słyszę lub widzę, że rodzice dzieci o specjalnych potrzebach często mówią.


Nie mówię o tym wyczerpaniu pod koniec długiego dnia czy tygodnia.


Nie mam na myśli potrzeby filiżanki kawy, dwóch lub całej wanny.
Jest to rodzaj wyczerpania, które odczuwasz, gdy budzisz się, aby zmienić pieluchę i prześcieradło w środku nocy, tak jak przez ostatnie 9 lat. Lub 20. Lub 42.


Porzucaniu kariery i planów.


To uczucie, braku kontroli nad tym, co dzieje się z dzieckiem, gdy desperacko chcesz je chronić.


To uczucie, że ktoś zadecydował za Ciebie i wybrał Ci drogę.


To uczucie gdy radzisz sobie z krachem jak zawodowiec w miejscach publicznych a chowasz się w łazience, by później płakać.


To uczucie gdy obserwujesz pulsoksymetry czy inne monitory, dopóki słońce nie wstanie, nawet jeśli nie spałeś już około 29 godzin.


Budzisz się o 4 rano, aby zdążyć na wizytę dziecka u lekarza specjalisty za 5 godzin.
To ciężkie poczucie winy, gdy siedzisz z jednym dzieckiem w szpitalu i nie zajmujesz się jego rodzeństwem, które obciąża cię jak głaz.


Gdy boisz się przyszłości, ale uczysz się żyć chwilą – kto zaopiekuje się moim dzieckiem, jeśli coś mi się stanie? Co jeśli moje dziecko przeżyje mnie? Co jeśli przeżyję moje dziecko? Wdech. Wydech. Moje dziecko jest teraz ze mną. Ciesz się tą chwilą.
Wchodzisz wieczorem do łóżka, myśląc: „Nie dam rady tak dłużej! Jak mogę to wszytko robić tak w kółko” Następnie wstajesz rano, aby zrobić to ponownie.
I skąd na to ta siła??


To wypalenie gdy cierpi nasze zdrowie, psychicznie i fizycznie. Depresja i lęk są powszechne u rodziców dzieci o specjalnych potrzebach, a podnoszenie rosnącego dziecka i sprzętu, takiego jak wózki inwalidzkie przez lata odbija się na jego ciele.
Wypalenie jest prawdziwe. Nie piszę o tym dla litości, po prostu dzielę się rzeczywistością wielu. Tych mam i tych ojców, z którymi mam kontakt. Których obserwuję. Z którymi jestem blisko lub dalej.


Wiesz co jeszcze? Prawdopodobnie nigdy nie rozpoznasz, jak wypaleni jesteśmy w środku, kiedy widzisz nas z naszymi dziećmi. To dlatego, że zobaczysz, jak bawimy się, promieniejąc dumą z nich lub całując ich miękkie policzki w kółko, po prostu zanurzając się w całej ich miłości. Słyszysz pochwały, jakie im dajemy i jak cieszymy się każdą małą rzeczą, którą robią. Wypalenie jest prawdziwe, ale tak samo jest z bezwarunkową miłością między nami a naszymi dziećmi.


Widzisz nas w momentach, które sprawiają, że jesteśmy w ruchu, w momentach, które sprawiają, że wszystkie trudne części są warte każdej sekundy. Rzadko jednak ktoś widzi nas w najsłabszym położeniu, więc rzadko kiedy zauważa, jak jesteśmy wypaleni.
Następnym razem, gdy zobaczysz rodzica dziecka o specjalnych potrzebach, zamiast powiedzieć: „Nie wiem, jak to robisz” (zaufaj mi, nie jesteśmy nawet całkiem pewni, jak to robimy) lub „Nie mógłbym tak jak ty ”(zaufaj mi jeszcze raz, mógłbyś, gdyby to było twoje dziecko), rozważ uśmiech i powiedz, że wykonujemy dobrą robotę. Czasami to wszystko, co naprawdę musimy usłyszeć, aby kontynuować.
Podziwiam Was wszystkie drogie mamy i drodzy tatusiowie. I wiem, że te słowa to tak naprawdę niewiele ale ja wiem jak jest.


Podziwiam


Chciałabym Was wszystkich oznaczyć ale boję się, że o kimś zapomnę. Że ktoś może nie chcieć tego. Że nie znam kogoś, kto może tego bardzo potrzebować. Więc ślijcie w świat. Bo tak jest. I powinniśmy być z siebie dumni bo odwalamy kawał dobrej roboty. I wspierajmy się. Bo kto jak nie my?!

Mama Aga

Jak nie zwariować? A wariuj!

 

Od niedzieli, a w sumie już od piątku bo miałam na niedziele pisać o kolejnych  naszych sposobach, zastanawiam się jak nie zwariować? Pisze tutaj rób to rób tamto. Robie wszytko o czym wiem i co działało a tu nic! Nie daje rady w tym tygodniu! Ani Endorfiny. Ani żadne planery cuda. Chyba brak snu i poziom stresu daje popalić!

Kiedy Lika jest w super formie zapominamy chyba jak to jest jak jest żle. Wolimy zdecydowanie skupiać się na dobrych chwilach. Wykorzystywać je na ile się da. Do dobrego człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja. A gdy nagle przychodzi coś co dowali na całego ciężko się pozbierać.

Jeszcze chwilę temu byliśmy u znajomych. Lilka bawiła się z dzieciakami. I w nocy trach. O 180 stopni. Przyszedł napad i zniszczył wszystko. Głowa leci, tułów nie trzyma, nogi odmawiają posłuszeństwa.  Wracamy do początku. Wszystkie plany szlak trafił. Zweryfikować trzeba było plany dnia, tygodnia, miesiąca. Odwołać wizyty i wyjazdy.

No i jak nie zwariować? Chyba trzeba pozwolić sobie zwariować na chwilę! Przeżyć i dać sobie czas. Złe minie tak wiemy ale człowiek by tak do przodu chciał! Ukochajcie mnie! Będzie nas pewnie trochę tu w internetach mniej. Bo co mam pisać? Jak śpię snem maksymalnie przerywanym. Albo cewnikuje, podłączam pompy, podaje wlewki i leki? Jak daje się ohaftować po raz kolejny? Bo jak się tulimy to już wiecie. A na tym to będzie się opierało w najbliższym czasie.  Bo teraz najważniesze żeby Lili było najlepiej! Na insta pewnie najprościej będzie być z nami na bieżąco! I dodać nam trochę otuchy!

Ale nie poddamy się! Co to to nie!

 

Jak nie zwariować. Daj sobie czas.

 

Kiedy dowiadujesz się, że zostaniesz mamą, ba jeżeli zakomunikujesz światu że spodziewasz się dziecka wszyscy mają milion dobrych rad. A kiedy Twoje dziecko okazuje się niepełnosprawne ilośc ta się podwaja. I jak tu nie zwariować? Daj sobie czas.

 

Rozpoczynasz szukanie sposobu na uleczenie swojego dziecka. No bo przecież to nie jest tak, że to tak na zawsze! Medycyna idzie tak do przodu przecież. Musi się dać. Na Twojej drodze stają to co bardziej fikuśni specjaliści. Nie zawsze myślą oni tak jak ty. Nie zawsze mają taki sam cel jak ty. Trafiasz na takich, którzy myślą o Twoim dziecku i chcą mu pomóc faktycznie. Ale trafiasz też na takich, którzy chcą pomóc głównie sobie. W różny sposób. Najcześciej jednak pchając gotówkę do swoich kieszeni. A ty zdesperowany rodzic walczysz. Wierzysz ze wszystkich sił. Zapominasz o całym świecie. Masz tylko jeden cel.  Próbujesz magicznych olejków, kadzidełek, mazideł, leków z wschodu czy zachodu, masaży i innych cudów. Nie patrzysz często na to co “mówi” twoje dziecko. Działasz. Musisz działać! Musisz zrobić wszytko. Nie ważne jakim kosztem. Podajesz wszystkie leki jakie tylko zapisze ci lekarz. Jeździsz od jednego do drugiego. Każdy mówi co innego. Każdy dokłada swoich leków. Niejednokrotnie nawet nie zwracając uwagi jak dany lek działa z innym, który już macie w swojej apteczce.

Do tego wszystkiego jedna  mama poleciła drugiej mamie na tamtym forum takie suplementy. A na facebooku inna mama opowiadała jak masowała dziecko serem a to zaczęło jeść. A pewien tata opowiadał, że tylko ta a nie inna metoda się sprawdza. Więc szukasz takiego terapeuty jak oni albo nawet jeździsz milion kilometrów do tego samego. Z conajmniej dwuletnim wyprzedzeniem rezerwujesz termin na turnus za kupę złotówek.  I dupa. Nie działa.  A wręcz jest gorzej? Ale jak? No jak to jest możliwe. Im pomaga. No im tak. Ale to co pomaga komuś nie zawsze pomoże wam!!! To, że macie taką samą chorobę nie znaczy, że przebieg jest taki sam. Każdy organizm jest inny.

No a jak już czytasz na tych wszystkich grupach, forach. Jak jeździsz po tych wszystkich specjalistach. Słyszysz różne sprzeczne informacje. “A nie jest jeszcze z wami tak źle, bo moje dziecko to to i tamto.” Albo ” z Was to już nic nie będzie”.  Normalnie bajka! Szaleństwo gwarantowane.

Źródło: internet

Usiądź. Daj sobie czas. Przemyśl i przeanalizuj. Rozmawiaj i słuchaj. Patrz krytycznym okiem. I wybierz to co Wam najbardziej odpowiada. I to co daje efekty Wam!

My właśnie tak zaczynaliśmy. W szaleńczym pędzie za uzdrowieniem. Przeszliśmy wiele różnych etapów, specjalistów i znachorów. Daliśmy się naciągnąć na różne cudowne rzeczy i metody, które tak naprawdę albo nic nie pomagały albo wręcz szkodziły. Ba nadal szukamy dobrej drogi. Wierzymy w cuda. W medycynę. W rozwój.  Ale jesteśmy elastyczni. Patrzymy krytycznym okiem. A przede wszystkim patrzymy na to co mówi do nas Lilka. Patrzymy na nas. Na całą naszą rodzinę.

Pamiętam jak się popłakałam po jednej z wizyt u ortopedy.

Tam pani, która przeprowadzała ocenę Lilki słuchając naszych opowieści powiedziała nam, że jeszcze trochę to zaoramy nasze dziecko.  “Jeżeli z każdego turnusu rehabilitacyjnego trafiacie do szpitala albo wracacie po paru dniach z chorobą to może trzeba jechać na turnus innego rodzaju? Delikatniejszy? Albo zrezygnować z takiej formy rehabilitacji? Może poszukajcie kogoś kto będzie podążał za waszym dzieckiem?” Pomyślałam sobie ale jak? Przecież my tak mało robimy. Inni robią to tamto i owamto. Jeżdżą na delfiny, turnusy raz w miesiącu a my nie damy rady raz na jakiś czas? No ale jak. Musimy! Przecież ona musi! Potem za jakiś czas w podobnym tonie wypowiedziała się pani neurolog. Zresztą wypowiadała się od dawna tylko my to intensywnie ignorowaliśmy. Tak tam sobie gada. Ale akurat dla NASZEGO dziecka to była najlepsza wtedy droga. Usłyszeliśmy to potem jeszcze parę razy.

I w końcu uwierzyliśmy.

Ale to trwało. I czasami nadal mamy dni, że sobie myślimy, że może trzeba by to czy tamto. Ale widząc efekty wiemy, że można to robić inaczej. Cieszymy się bardzo, że na naszej drodze stanęły osoby które zrozumiały jak ważne jest podążanie za dzieckiem. Że rehabilitacja nie musi trwać nie wiadomo ile i nie musi polegać na całej godzinie wycia do księżyca. Że aby dziecko nauczyć czegoś nie trzeba siedzieć przy stoliku można z nim zejść na ziemię. Że integracja sensoryczna to super zabawa. I że można nawet z dzieckiem z trudnościami do czegoś dojść podążając za jego potrzebami a nie za potrzebami terapeuty. Że jak dziecko teraz śpi to śpi i to też jest bardzo ważne. Bo jak się wyśpi zrobi 2 razy więcej. Że nie będzie miało napadów i nie straci już tego czego się nauczyło.  Że jak nie chce teraz rysować to może porysuje za 5 minut i nie warto tracić 45 min na przekonywanie go o tym a lepiej te 5 minut porobić z nim to co ono chce. Że się da. I choć to podejście kosztuje nas czasem o wiele więcej wysiłku, czasu i pieniędzy jest najlepsze dla naszego dziecka.

Warto czasem usiąść. Dać sobie chwilę. Pomysleć. Popatrzeć. Porozmawiać i wyciągnąć wnioski. Konsultować. Próbować i szukać jak najbardziej. Sprawdzać co nam pasuje. Co pasuje naszemu dziecku.  Nie patrzeć na innych. Bo co komuś pomaga nam może szkodzić. Każdy jest inny. Wymaga innego podejścia. Innego sposobu.

A przede wszystkim nie oczekiwać cudów na już. Dać cudom czas. Bo prędzej czy poźniej nadejdą. Ale nie zawsze będą tymi których oczekiwaliśmy na początku.

Nasz cud! Tylu nie dawało jej żadnych szans. Tylu skreśliło i nie dało nadziei. Czas pokazał, że cuda są. Inne niż te o których marzyliśmy 5 lat temu ale są.

Ogród na balkonie. Start.

 

W naszym bloku na palcach jednej ręki można było policzyć ukwiecone balkony.  A co dopiero małe ogródki?! I w sumie co się tu dziwić. Długo myślałam, że niewielkie balkony mocno nasłonecznione wcale nie dają dużego pola do popisu. Długo myślałam, że wymaga to wiele czasu i jest trudne. Jakże się myliłam. To wcale nie takie trudne jak mogłoby się wydawać. I to wcale nie takie drogie. Wszystko tak naprawdę zależy od nas. Od tego jaki mamy pomysł i ile pracy możemy włożyć w coś co sobie wymarzyliśmy.  I nie ważne czy to ogród z prawdziwego zdarzenia z wieloma grządkami czy maleńki ogródek na balkonie w środku miasta.

Skoro nie taki diabeł straszny jak go malują to od czego więc zacząć?

Obserwuj, pomyśl i zaplanuj!

Musisz wiedzieć jak operuje słońce nad twoim balkonem. Kiedy balkon jest najbardziej nasłoneczniony. Jak długo i jak mocno świeci. Kiedy jest cień. Jest to bardzo ważne i związane z doborem roślin, które posadzone w sprzyjających im warunkach odwdzięczą się nam pięknymi plonami czy w postaci owoców czy kwiatów. W najlepszej sytuacji są właściciele balkonów o wystawie wschodniej i zachodniej. W takich warunkach dobrze rośnie większość roślin.  Choć jeżeli planujemy sadzić gatunki wieloletnie musimy pamiętać żeby zimą dobrze zabezpieczyć rośliny zwłaszcza na wschodnich balkonach.

Warto również wymierzyć i wyrysować sobie co gdzie jak. Wtedy łatwiej będzie rozmieścić poszczególne elementy takie jak duże pojemniki  i skrzynie. A jeżeli jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami dużych balkonów warto zaplanować miejsce na meble.

Czyli co potrzebujemy, żeby zacząć?

Pojemniki. Tak naprawdę na samym początku wystarczy parę skrzynek i doniczek oraz dobra ziemia. Wszytko zależy od naszego pomysłu na nasz “ogródek”. Czy ma stanowić tylko źródełko nowalijek i ziół czy ma być naszą oazą spokoju, miejscem w którym wypoczywamy nie tylko w niej pracując.

Fajnie aby pojemniki wykorzystywane do aranżacji balkonu były nie tylko praktyczne, ale i dekoracyjne.

Rośliny nie dbają o to, czy utkną w starym wiklinowym koszu,
wyściełanym pudle po bananach czy fantazyjnej torbie.
Dopóki twoje pojemniki są wystarczająco duże dla danej rośliny,
niech twoja wyobraźnia nie zna granic. 
Zajrzyj do piwnicy, babcinego schowka, rozejrzyj się dookoła.
Stare wiadra czy skrzynie po owocach będą doskonałe!

Najważniejsze o czym należy pamiętać to otwory na dnie, umożliwiające odpływ wody. I tu należy tez przypomnieć sobie o sąsiadach, którzy mieszkają pod nami! Część osób balkony w blokach wykorzystują jednak głównie do suszenia prania. Gdybym była w takiej sytuacji nie chciałabym aby moje pranie zostało zroszone wodą z ziemią. Dlatego zakładając ogród na balkonie należy pamiętać o  podstawkach dopasowanych do pojemników w których uprawiamy rośliny. Warzywa, kwiaty czy owoce uprawiane w pojemnikach  należy podlewać o wiele więcej i częściej niż te uprawiane bezpośrednio w glebie.

Warto również wybierać  umiarkowanie ciężkie donice (np.ceramika, glina), dzięki czemu zapewnią roślinom stabilność i uchronią je przed przewracaniem.  Ja na początku ograniczając wydatki wsadziłam “tujki” w zwykłe plastikowe doniczki i kiedy mocniej zawiało zbierałam je z podłogi. Je i sąsiadujące kwiaty, które pod ciężarem drzewek niestety zniszczyły się.

Źródło: pinterest

Wszelkie pnące, wiszące rośliny fajnie wyglądają w pojemnikach montowanych na poręczach, przy oknach i pod daszkiem.  Ale pamiętaj tu wyjątkowo uważnie o sąsiadach 🙂 W uprawie gatunków ozdobnych (w tym krzewów i pnączy) dobrze sprawdzają się wysokie, wąskich donice, które zajmują mniej miejsca. Do uprawy warzyw najlepiej sprawdzają się donice szeroki i wysokie.

Jeżeli jesteś trochę zapominalski możesz zainwestować w donice z automatycznym systemem nawadniania. Są też specjalne dodatki do podłoży kumulujące wodę. Wszytko jednak wymaga większego nakładu pieniędzy.

 

Podłoże. Wybór podłoża wiąże się nie tylko z rodzajem rośliny jaką w nim będziemy sadzić/ siać ale również z nasłoneczneiniem, naszymi chęciami i umiejętnościami. Optymalnym podłożem do uprawy warzyw na balkonie jest ziemia ogrodowa wymieszana z kompostem, piaskiem i dodatkowym rozluźniającym (np. keramzyt).

Co jeszcze się przyda:

  • rękawice
  • konewka
  • niewielkie narzędzia ogrodnicze
  • oczywiście nasiona lub sadzonki roślin, które chcemy hodować
  • znaczniki
  • ozdoby.

No to do dzieła!

A za tydzień dowiesz się konkretnie co zrobić, żeby twój warzywniak cieszył cię plonami już późną wiosną! Zapraszam!  *

Aby nie przegapić kolejnych wpisów zapisz się do newslettera lub powiadomień push!

 

 

 

 

Jak nie zwariować. Endorfiny.

 

Tak jak dzisiaj mi się nie chce to po prostu jest nie do opisania! . Słońce tak pięknie świeci. Normalnie wiosna. I w sumie gdyby nie to, że Lilka chora a Maciej w Wielkim Mieście to może bym wstała i poszła biegać?!  No i to -14. Tylko, że mi się taaak nie chce. Często tak mam ;-p A ty?? Ale wtedy przypominam sobie jak fajnie jest po. Jak już pobiegam czy poćwiczę albo zwyczajnie pospaceruje jest łatwiej. Tak to kolejny sposób na to jak nie zwariować!  Endorfiny!

Endorfiny to hormony szczęścia – odpowiadają za lepsze samopoczucie, uczucie przyjemności i dodają energii.

Ekstra tylko skąd je brać?

W naturalnych warunkach produkuje je każdy z nas. Wytwarzane są w przysadce mózgowej i rdzeniu kręgowym. Są endogennymi opioidami. Potrafią działać cuda:)

I całkiem prosto można naszym organizmom pomóc podnieść ich poziom w organizmie. Oto one:

Ta czarna kropka przed nami to tata. Kiedyś go dogonimy. Fajnie się biega samemu ale razem też jest wesoło!

Aktywność fizyczna. Kiedy mieszkaliśmy w mieście uwielbiałam biegać wczesnym rankiem. Raz, że najczęściej tylko wtedy mogłam, dwa ta cisza i spokój która panuje o poranku działa jak balsam. A już najfajniej było w niedzielę rano. Fajnie biegało się z sąsiadką bo wtedy miałyśmy najczęściej najzwyczajniej czas na plotki. Czekam na wyższe temperatury i wracam do produkcji hormonów szczęścia w ten sposób. Choć świetnie czuję się biegając w niskich temperaturach takie jak dziś przerażają. Ja nie wiem co roku mówię, że zainwestuje w odpowiednią garderobę ale jakoś zawsze nie wychodzi. Teraz najcześciej jednak wspieram się innymi metodami. Ale też wtedy gdy Lilka ma trudniejsze chwile i nie mogę wyjść z domu. Musze być blisko. I wtedy fajnie sprawdza się rower stacjonarny.  Polecam również trening z piłką ( podkradam Lilce tą taką rehabilitacyjną;-p). Super są też te dni kiedy jedziemy z Lilką na rehabilitacje na basenie.  Wtedy najlepiej czuję, że mam mięśnie. Ale pracę w ogródku też tu dopisuję.

Co mi to daje? Endorfiny! Spokój. Oderwanie się od wszystkiego.  Siły! Chwilę, kiedy nikt niczego ode mnie nie chce! Chyba dla tego jednak bieganie najfajniejsze. Wkładam buty na nogi, słuchawki w uszy i w pole! I choćby miało to być 15 minut daje wiele! I to nie jest bieganie wyczynowe. To mój rytm, moje tempo. Na olimpiadę nie pojadę ale swoje wygrywam. Tylko czasem, a nawet często, muszę najpierw z sobą powalczyć niestety. Zwłaszcza zimą.

I jak tu nie odpoczywać?

Bo wiem, że są też inne metody na podniesienie poziomu endorfin.

Taniec – pobudza zmysły i mózg, który wytwarza endorfiny pod wpływem ruchu. To w sumie aktywność fizyczna ale ma trochę więcej “plusów dodatnich”. Kiedy tańczymy zwłaszcza z kimś  dzięki przyjaznemu dotykowi, oprócz endorfin wydzielają się oksytocyna, serotonina, dopamina. Muzyka także oddziałuje na nasze mózgi. Dzięki niej czujemy się szczęśliwi i nastawieni pozytywnie do świata. Taniec dodatkowo pomaga w odchudzaniu i akceptacji własnego ciała. Czasami z Lilką włączamy muzyczkę na cały regulator i szalejemy. Tak jak nas muzyka niesie. Znaczy się tańczymy.  Kto to widział niech sobie lepiej nie przypomina teraz ;-p

Seks. Podczas aktu płciowego w naszych mózgach dzieje się magia.  Hormony szczęścia działają na nas pozytywnie i są naturalnym antydepresantem. I choć to sprawa, która bardzo często spada zupełnie na dalszy plan w rodzinach z niepełnosprawnym dzieckiem może warto o tym pamiętać i pielęgnować? Nie tylko ze względu na endorfiny. Ale to kiedyś…

Prysznic. Najlepiej raz zimny, a raz ciepły bo pobudza krążenie oraz dotlenia mózg. Przyczyni się nie tylko do lepszej pracy mózgu, ale i dobrej kondycji ciała. Cellulity i te sprawy na przykład. Dobrze jest zawsze zakończyć kąpiel takim zimnym prysznicem. Kiedyś nie lubiłam. Raczej wolałam się gotować w wrzątku. Teraz szukam odwagi na kąpiel w jeziorze nie koniecznie latem.

śmiech + wspólne głupotki = endorfiny

 

Śmiech – Dobry kabaret, komedia zawsze w cenie. Dobre towarzystwo. Gilgotki ( to uwielbia zwłaszcza Lilka). To wszystko wywołuje uśmiech na twarzy i pobudza endorfiny. Ostatnio popłakałam się prawie ze śmiechu oglądając to KLIK .

Twarz. Takie proste a jak skuteczne. Rozluźnij czoło, tak aby zniknęły zmarszczki i rozciągnij brwi. Odpręż się. Postaraj się przez dłuższy czas utrzymać gładkie czoło, ponieważ jest to sygnał do mózgu, że jesteś odprężony.  A jak połączysz to z Medytacją/ treningiem autogennym sukces jest murowany. I nie wpływa na dodatkowe kilogramy.

No i te gorzej wpływające na figurę:

Banan. Śledź. Owsianka.  Zawierają magnez, witaminę B, kwasy tłuszczowe omega-3 i inne substancje pobudzające organizm do produkcji endorfin. Owsianka zawiera węglowodany złożone, które przyczyniają się do podniesienia cukru we krwi i dodają energii, a jednocześnie poprawiają nastrój. Ale nie ma jak  Czekolada – podobno po zjedzeniu kawałka (nie koniecznie zaraz całej tabliczki) w naszym mózgu pobudzają się endorfiny. Przeciwdziała depresji i pobudza hormony szczęścia.

 

I oczywiście co najważniejsze. Umiar. Złoty środek. Wszytko w naszych granicach. Nic na siłę. Wszytko musi dawać nam komfort. Wszystko uzależnione jest od naszego stanu zdrowia. No i lepiej dawkować endorfiny małymi dawkami ale regularnie.

To co wy wybieracie na dziś? Albo jakie macie swoje patenty na podniesienie poziomu endorfin?

Jak tylko Lilka wstanie idziemy tańcować. A potem może smażone banany?

Pięknego niedzielnego popołudnia!

 


 

 O innych patentach na to jak nie zwariować możecie poczytać: